Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 243 518 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

O moim bloogu

Uwielbiam obserwować zmieniający się świat i ludzi, którzy muszą w tym pędzie się odnaleźć. Jednych podziwiam za to, jak im się to wspaniale udaje, innych potępiam, że dają zły przykład, niektórych n...

więcej...

Uwielbiam obserwować zmieniający się świat i ludzi, którzy muszą w tym pędzie się odnaleźć. Jednych podziwiam za to, jak im się to wspaniale udaje, innych potępiam, że dają zły przykład, niektórych nie rozumiem. Od każdego człowieka czegoś się jednak uczę. I właśnie o tych obserwacjach chcę pisać. Ludzkie wybory, decyzje, fascynacje, zjawiska społeczne, kultura, edukacja, wychowanie - to sprawy, które leżą mi na sercu. Sporo miejsca poświęcę naszemu językowi, który jako narzędzie komunikacji, powinien być wykorzystywany i znany w stopniu znacznie szerszym, niż dzieje się to obecnie.

schowaj...

O mnie

Beata Tadla - dziennikarka, matka, miłośniczka życia. W mediach obecna od 1992 roku. Najpierw radio, teraz telewizja. Niebawem poprowadzi główne wydanie Wiadomości TVP. Autorka trzech książek: "Pokolenie '89", "Kto pyta, nie błądzi", "Niedziela bez Teleranka". Mistrzyni Mowy Polskiej 2010. Pracuje ze studentami dziennikarstwa, bierze udział w projektach naukowych i akcjach społecznych. Pojawiła się w kilku teledyskach polskich artystów oraz na deskach Teatru Syrena w spektaklu "Trójka do potęgi". Optymistka i pozytywistka z przekonania.

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 1276844
Kategorie

Wszyscy przegrali

środa, 31 października 2012 13:54

           To była walka bez zwycięzców. Klęskę ponieśli wszyscy. Na całej linii... Polacy naprawdę "żyli" publikacją Rzeczpospolitej, gazeta wyprzedała się w mig w moim osiedlowym sklepiku, stojący w kolejce głośno o tym dyskutowali. Nawet mijający mnie na ulicy mężczyzna z komórką przy uchu głośno odpowiadał rozmówcy: "tak, stary - trotyl, niezła jazda!"


          To właśnie ci nabici w butelkę ludzie stracili najwięcej. Są zdezorientowani, pogubieni, wkurzeni. Jeśli gazeta kojarzona z poważnym przekazem daje się ponieść chęci zbicia kapitału i nie myśli o społecznym ryzyku (akurat w tym przypadku trudno uwierzyć w argument misji) strzela w kolano nie tylko sobie. Rzuca cień także na inne media, każe poddawać w wątpliwość doniesienia pozostałych. W czasach kryzysu wiarygodności przestrzeni publicznej, taki strzał może mieć zatem jeszcze gorsze społeczne konsekwencje. Z całości trzeba wyjść z twarzą, a znikające z oświadczenia  "pomyliliśmy się" staje się tylko obrazem nieporadności. A mnie się wydaje, że głowa posypana popiołem  boli chyba mniej...


             Wielkim przegranym jest Jarosław Kaczyński, wpadł we własne sidła. Dał się nabrać i pokazał miękkie podbrzusze, a raczej zdjął maskę i otworzył w całej okazałości: Patrzcie, to właśnie moja prawdziwa twarz! Słowa: zbrodnia, mord, banicja ujawniły po raz kolejny jak bardzo potrzebna jest mu do życia władza, jak bezwględnie jej pragnie. Ale tym traci nie tylko na zewnątrz - zaciera ostatnie sondażowe sukcesy i znów mówi tylko do wiernych wyznawców. Znikają też wewnętrzne punkty prezesa, mam wrażenie, że kończy się politycznie we własnym kręgu.


        Rząd i prokuratorzy mieli szansę na zwycięstwo, ale też polegli. Skoro byli pewni swego, na dodatek wiedząc o publikacji wcześniej mogli przerwać spektakl nienawiści od razu. Tusk dał Kaczyńskiemu wystrzelać całą smoleńską amunicję, pozwolił, by w świat poszły najobrzydliwsze słowa, by emocje wzięły górę. Politycznie może to i dobry ruch - pokazywanie przeciwnika jako człowieka agresywnego, żądnego zemsty,  by potem go triumfalnie zdyskredytować. Społecznie był to jednak krok fatalny. Bardziej będziemy pamiętać bitwę, jej finał pozostanie pisany drobnym druczkiem. I to wszystko w przededniu święta, które w naszej kulturze kojarzy się z zadumą i spokojem...



Podziel się

komentarze (346) | dodaj komentarz

Dawcy świadomość

piątek, 26 października 2012 17:20

             Zawsze byłam przekonana, że oddanie części siebie to dar niezwykły, niedefiniowalny obowiązek człowieka wobec człowieka. Kiedy 11 lat temu udało mi się pokonać ciężką chorobę, wiedziałam, że muszę spłacić ten dziwny dług, czułam taką konieczność. Kilka razy przymierzałam się do oddania krwi do banku szpiku, zawsze coś stawało jednak na przeszkodzie. Któregoś dnia do TVN, w którym wtedy pracowałam, przyjechali przedstawiciele Fundacji Przeciwko Leukemii. Bez wahania oddałam krew. Dosłownie miesiąc później zadzwonił telefon z informacją, że jest biorca dla mojego szpiku. Nigdy nie zapomnę, co wtedy czułam. Świadomość, że mogę się przydać odebrała mi mowę. Potem były kolejne weryfikacje, poznawanie procedur... Zdecydowałam się na pobranie szpiku z talerza kości biodrowej. O potrzebującej wiedziałam tylko tyle, że jest młodą kobietą i mieszka na Śląsku.  Ostatecznie udało się znaleźć kogoś, kto jeszcze bardziej pasował, był bardziej odpowiednim, niż ja bliźniakiem genetycznym, co może dawać  większą gwarancję, że szpik przyjmie się u chorego. Ja pozostaję w ciągłej gotowości i czekam na kolejny telefon. Może się odezwać jutro, za miesiąc, za kilka lat... Jedno wiem na pewno. Decyzja o zarejestrowaniu się w banku szpiku nie może być podjęta pod wpływem impulsu. Musi być przemyślana, przefiltrowana przez świadomość, bo na końcu tej decyzji jest drugi, potrzebujący człowiek, którego nie wolno zawieść. Gdy już telefon zadzwoni nie mamy prawa powiedzieć: wycofuję się. Lekkomyślną rejestracją można zrobić potężną krzywdę temu, kto właśnie dzięki nam dostał nadzieję na nowe życie.


     Dziś Światowy Dzień Donacji i Transplantacji.  Idei świadomego dawstwa narządów już przekazałam swoje serce(!), noszę przy sobie oświadczenie woli, jestem zarejestrowana w banku szpiku i staram się wspierać kampanię Dawca .pl, której jestem ambasadorem. Pozostaję pod wielkim wrażeniem młodych ludzi, którzy w niezwykły sposób zaangażowali się w tę inicjatywę, organizując niecodzienne akcje i to nie tylko od święta.  Społeczna wiedza na ten temat jest bowiem ciągle niewystarczająca i pełna mitów. Więcej dowiadujemy się, zrywamy i zazwyczaj wtedy łapiemy za głowę, gdy przeszczepu potrzebuje publiczna osoba albo dziecko zje trujące grzyby, niszcząc sobie wątrobę i cała Polska śledzi jego los. Zachęcam zatem do zajrzenia na stronę   https://www.dawca.pl/o-inicjatywie/nasza-misja.pl, by - jak piszą jej twórcy - przekonać się, że "dar życia jest bezcenny i może stać się udziałem każdego z nas, jako dawcy czy biorcy, warto więc poznać rzetelne informacje na ten temat, by oswoić demona, jakim jest społeczne tabu transplantologii"



Podziel się

komentarze (4) | dodaj komentarz

Ani be, ani me

wtorek, 23 października 2012 10:17

          Ano właśnie. O tym problemie trzeba mówić coraz głośniej. "Młodzi są bez pracy, bo nie umieją mówić i pisać" -  donosi za specjalistami Gazeta Wyborcza. Nie umieją się ani odpowiednio zaprezentować ani dobrze komunikować. Eksperci rynku pracy winią system edukacji, który nie rozwija wyobraźni, bo każe uczyć się do testów, a to z pewnością nie buduje mocnego zasobu słownictwa. Wskazują też na coraz powszechniejszą skrótowość. To prawda. Porozumiewamy się za pomocą okrojonych tekstów, które jeszcze i tak do granic możliwości skracamy i tworzymy przedziwne hybrydy (3City, 3maj się itd). Jeśli wsłuchamy się w wypowiedzi niektórych młodych ludzi, stwierdzimy, że nieużywanie polskich znaków w piśmie też zaczyna zostawiać piętno na ich języku. Sama słyszałam miłoSC i radoSC, a nie miłoŚĆ i radoŚĆ. W swoim utworze "Ą Ę" wyśmiał, a może raczej przed tym zniekształcaniem przestrzegał raper Łona. Warto posłuchać. 


           W czasie zajęć ze studentami z zakresu "Kultury języka" dostrzegałam ich niepewność. Potem niektórzy przyznali, że to lęk przed popełnianiem błędów, że przy mnie trzeba się pilnować, a to wymaga pewnej dyscypliny, której w sobie nie mają. To nie znaczy, że nie myślą albo mają ubogą wiedzę, choć i takie przypadki bywają. Kłopotem jest to, że nie potrafią ubrać swoich myśli w słowa. Nie pamiętają ani o języku giętkim Słowackiego, ani o tym, co pisał Norwid: "odpowiednie dać rzeczy słowo". Widziałam też, jak bardzo otwierają studentów ćwiczenia z publicznej wypowiedzi, kiedy krok po kroku przełamywali strach i kiedy przyzwyczajali się do nazywania wszystkiego po imieniu, zmuszeni szukać w pokładach pamięci takich słów, które znaczą dokładnie to, co znaczą. Sporo rozmawialiśmy o języku polityki. Słaby przykład... Gdy w Sejmie słyszymy o rozlewie krwi w kontekście głosowania nad ważną ustawą czy masakrze w odniesieniu do wydarzeń z 11go listopada zeszłego roku w Warszawie, chciałoby się zapytać: czym zatem jest sytuacja w Syrii albo "dzieło" Breivika? Jakich słów użyć tutaj, skoro te o najmocniejszym zabarwieniu emocjonalnym dewaluują się w politycznej bezmyślności. 


           Do win systemu edukacji dołożyłabym jeszcze to, że uczniowie zbyt rzadko dostają  możliwość swobodnej, publicznej wypowiedzi. Widziałam zajęcia ze sztuki oratorskiej w jednej z francuskich szkół. W USA dzieci mierzą się z tym od najmłodszych lat, potem nawet konkurują w zawodach na najlepszego mówcę! Jestem przekonana, że to kształtuje w nich otwartość i buduje przekonanie o własnej wartości. Konfrontacja z tłumem słuchaczy od razu daje nam informację zwrotną, czy to, jak i o czym mówimy jest akceptowane. Z całą pewnością jest też ćwiczeniem ułatwiającym komunikację, bo przełamuje barierę lęku, którą polscy uczniowie niestety w sobie noszą. Wiem, jaką tremę budzi u niektórych wyrecytowanie wierszyka przed kolegami z klasy. Kłopotem jest też to, że zbyt często dzieci klepią wyuczone formułki zamiast dostać szansę na wypowiedzenie własnego zdania. Boją się, że samodzielność myślenia nie spodoba się nauczycielowi. Nie mówią, bo nikt ich nie słucha. A jeśli jeszcze w domu nie mają styczności ze słowem w jego najlepszym wydaniu, to problem robi się potrójny. Nie mówmy do małego dziecka: to jest HHHH, kiedy chcemy powiedzieć, że coś jest gorące. Nie mówmy BE, kiedy coś jest nieodpowiednie. Zapomnijmy o CACY, ZIAZIU, BUBA itd. Jest w naszym języku tyle słów na określenie przeróżnych zjawisk i przedmiotów! Używajmy ich! I czytajmy, czytajmy, czytajmy. Od najmłodszych lat. By dziecko oswajało się z pięknem polszczyzny. Potem ROZMAWIAJMY i SŁUCHAJMY. Nie przemawiajmy do dzieci, komunikacja musi działać w obie strony, zgodnie ze swoją definicją. Podrzucajmy książki, zachęcajmy do obcowania z literaturą, pokazujmy do znudzenia, że jest alternatywa dla skrótowości. Że człowiek mówiący dobrze, starannie dobierający wyrazy, używający zwrotów grzecznościowych to taki, który szanuje swojego rozmówcę i samego siebie. Jeśli szkoła tego nie potrafi, zacznijmy od domu. W końcu powinno nam zależeć na wypuszczaniu w świat człowieka silnego. W cytowanym przeze mnie artykule, specjaliści od rynku pracy zwracali uwagę, że odpowiednie zaprezentowanie swoich cech daje młodemu człowiekowi nie tylko większą szansę na zatrudnienie, ale też może zapewniać pracodawcę, że ów kandydat będzie potem sprawniej funkcjonował w zespole. Pobudzajmy w dzieciach chęć do mówienia, poprawiajmy błędy z uśmiechem, zachęcajmy do wypowiadania ocen, prośmy o uzasadnienie. Myślę, że choć w części ułatwimy im start w dorosłość.    



Podziel się

komentarze (14) | dodaj komentarz

niedziela, 28 maja 2017

Do poczytania



Kto dopił znalezioną na berlińskim przystanku cudza coca-colę, ile „donaldówek” można było kupić za jednego dolara, kto był bohaterem rodziny, bo z własnej inicjatywy „wystał” papier toaletowy. Kto pisał listy do generała Jaruzelskiego, a kto kupił magnetowid zamiast kombajnu... Znani aktorzy, muzycy, politycy, dziennikarze i sportowcy opowiadają Beacie Tadli o dzieciństwie w PRL-u i szansach, jakie dał im rok 1989.


Gdzie robiliście zakupy, gdy nie było supermarketów? Czy maszyna do pisania miała wyświetlacz? Gdzie w telefonie z tarczą były przyciski? Czym zmienialiście kanały telewizyjne, skoro nie było pilotów?


W tej książce to dzieci zadały pytania dorosłym – znanym i nawykłym do udzielania odpowiedzi. Mali ludzie zaskoczyli rozmówców swoją wiedzą i dojrzałością. Beata Tadla wraz z grupa 9-latków odwiedziła między innymi m.in. z Annę Dymną, Irenę Santor, Małgorzatę Niezabitowską, Lecha Wałęsę i Mirosława Hermaszewskiego.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl